W miasteczku o nieco smutnej nazwie Mruków, każdy był zawsze strasznie zajęty. Pan Bułka piepł bułki ze srogą miną, Pani Burmistrz liczyła guziki przy płaszczu z powagą godną admirała, a nawet gołębie na rynku gruchały z jakąś taką… melancholią. W samym środku tego poważnego świata mieszkał Echo. Echo był chłopcem, który widział rytm tam, gdzie inni widzieli tylko kurz. Miał na sobie jaskrawą koszulkę w geometryczne wzory, a na szyi zawsze nosił wielkie, matowe słuchawki, które wyglądały jak futurystyczny kołnierz.
Pewnego popołudnia, gdy słońce wpadało przez okno jak złoty syrop, Echo wszedł na strych. Szukał części do swoich słuchawek, ale zamiast śrubki, znalazł coś dziwnego. Pod stertą starych map leżało radio. Nie było to jednak zwykłe radio. Miało obudowę w kolorze morskiej fali i wielkie, turkusowe pokrętło, które aż prosiło się, by je przekręcić. Echo dotknął palcem chłodnego metalu. „Bzzzt! Click!” – zatrzeszczało w ciszy. Echo spodziewał się muzyki, może jakiegoś spokojnego jazzu? Ale nie.
– Dlaczego pingwiny nie mają przyjaciół? – zapytało radio głosem, który brzmiał jak mieszanka miodu i pękających baniek mydlanych. – Bo zawsze są zamrożone w towarzystwie! – Echo zbaraniał. A potem… „Pfff-ha!”. Wybuchnął tak głośnym śmiechem, że jego wielkie słuchawki podskoczyły na ramionach. Radio nie przestawało. Sypało żartami o tańczących serdelkach i krowach, które chciały zostać kosmonautkami. Echo poczuł, jak całe jego ciało robi się lekkie, a brzuch zaczyna boleć od chichotu. „To jest to!” – pomyślał. „Mruków musi to usłyszeć!”
Następnego dnia Echo zabrał radio na rynek. Postawił je na samym środku, tuż obok fontanny. „KRRR-POP!” – radio ożyło, a Echo podkręcił głośność na maksimum. Nagle, zamiast nudnego szumu miasta, rynek zalała fala najzabawniejszych dźwięków, jakie świat słyszał. „Ziuuu! Plum! He-he-he!”. Radio zaczęło opowiadać tak komiczne historie, że Pan Bułka, który właśnie niósł tacę pełną pączków, zatrzymał się w pół kroku. Jego wąs zadrgał raz, drugi… i nagle: „Ha! Hu-hu-ha!”. Pan Bułka śmiał się tak mocno, że pączki zaczęły wylatywać w górę jak słodkie frisbee!
Pani Burmistrz próbowała zachować powagę, ale gdy usłyszała kawał o ślimaku na wyścigach, jej surowa mina pękła jak skorupka jajka. „Hi-hi-hi!” – piszczała, trzymając się za boki. Wkrótce całe miasto trzęsło radosną feerią dźwięków. Ale wiecie co? Śmiechu było tak dużo, że budynki zaczęły drżeć. „ŁUP! BUM! TRRR!”. Kamienice podskakiwały w rytm salw śmiechu, a gołębie, zamiast latać, turlały się po bruku ze śmiechu. Zrobił się straszny bałagan! Nikt nie piekł chleba, nikt nie zamiatał ulic, wszyscy tylko padali sobie w objęcia, nie mogąc złapać tchu.
Echo patrzył na to wszystko swoimi bystrymi, bursztynowymi oczami. Zrozumiał, że radość jest cudowna, ale gdy jest jej za dużo na raz, zmienia się w wielki, radosny huragan, nad którym nikt nie panuje. Ludzie byli zmęczeni od śmiechu! Echo, jako strażnik dźwięków, poczuł, że musi coś zrobić. Nie poczekał na dorosłych – sam podszedł do turkusowego radia. Wiedział, że śmiech jest jak muzyka – potrzebuje rytmu, pauzy i odpowiedniego momentu.
Delikatnie, używając swojej muzycznej intuicji, zaczął obracać pokrętło, szukając ukrytego ustawienia. „Pst! Szsz…”. Znalazł! Na skali radia pojawił się napis: „Równowaga”. Echo ustawił radio tak, by opowiadało dowcipy tylko raz dziennie – w porze zachodu słońca, gdy praca jest już skończona. Radio mrugnęło do niego turkusowym światełkiem, jakby mrugało okiem.
I tak właśnie Mruków przestał być mrukliwy, ale nie był już też chaotyczny. Każdego wieczoru, gdy niebo malowało się na różowo i pomarańczowo, mieszkańcy zbierali się na rynku. Echo stał tam, uśmiechnięty, ze swoimi słuchawkami i indygo bransoletką na ręku. Czekali w ciszy, aż radio powie: „A wiecie, co mówi jedna chmura do drugiej?”. Wtedy wybuchali krótkim, zdrowym, wspólnym śmiechem, który dodawał im sił na kolejny dzień. Echo stał się Strażnikiem Dobrego Humoru, a w Mrukowie każdy już wiedział, że najlepiej pracuje się wtedy, gdy w sercu nosi się jeden dobry żart zarezerwowany na wieczór. I tak to się wszystko właśnie potoczyło – w sam raz, ani za głośno, ani za cicho.