Witajcie w Ogrodach Pryzmatu! To nie jest zwykłe podwórko z trawą i huśtawką. O, nie! Wyobraźcie sobie miejsce, w którym kwiaty nie tylko pachną, ale wręcz śpiewają kolorami. Czerwone maki syczą jak ogień, fioletowe lawendy mruczą jak zadowolone koty, a błękitne niezapominajki dzwonią niczym małe kryształowe dzwoneczki. W samym sercu tego kolorowego zamieszania mieszkał Ryu.
Ryu nie był zwyczajnym chłopcem. Miał skórę o głębokim odcieniu kakao, oczy jak płynne złoto i – co najciekawsze – czuprynę elektryzująco niebieskich włosów, które sterczały we wszystkie strony, jakby właśnie kopnął go prąd (ale taki bardzo miły prąd). Na jego czole widniała srebrzysta blizna w kształcie błyskawicy, a na szyi dyndał szafirowy wisiorek. To był jego skarb. Pamiątka po rodzinie i źródło całej jego magii. Bez wisiorka Ryu czułby się jak malarz bez pędzla albo detektyw bez lupy.
Pewnego ranka Ryu przeciągnął się, ziewnął szeroko i wyjrzał przez okno. „Pst!” – szepnął do siebie. Coś było nie tak. Bardzo, bardzo nie tak. Tulipany, które wczoraj płonęły szkarłatem, dziś wyglądały jak garść popiołu. Słoneczniki nie były już złote – stały się szare, smutne i pachniały jak stary, zakurzony papier. Kolory znikały! Dosłownie wyciekały z ogrodu, zostawiając po sobie tylko wyblakłą pustkę.
„Ktoś tu nabroił” – mruknął Ryu, a jego srebrna blizna zaczęła delikatnie pulsować. To był znak! Czas na śledztwo. Ryu poprawił swoje skórzane karwasze, chwycił szafirowy wisiorek i ruszył śladem „chromatycznych okruszków” – świecących drobinek farby, które unosiły się nad ścieżką.
Idąc przez ogród, spotkał Szepczący Bluszcz. „Psst! Ryu! Widziałeś to?” – zaszumiała roślina, owijając się wokół jego kostki. „Ktoś tu kradnie błękit! Ktoś wysysa róż! To straszne, okropne, skandaliczne!”. Ryu uśmiechnął się uspokajająco. „Spokojnie, Bluszczu. Znajdę sprawcę. Czy widziałeś, w którą stronę pobiegły kolory?”. Bluszcz wskazał liściem w stronę Aksamitnej Jaskini Cieni. Ryu ruszył tam zwinnym, lekkim krokiem.
Wewnątrz jaskini było... dziwnie. Cienie nie były czarne, lecz pełne plam skradzionych barw. Pośrodku siedział on – Cieniostwór-Pisarz. Wyglądał jak wielki, puszysty kleks z wieloma rękami, który desperacko próbował namalować coś na ścianie za pomocą chmurki koloru. Ale biedak był „koloro-ślepy”. Wszystko, co dotknął, zamieniało się w brudną szarość, bo nie rozumiał, jak działają barwy. Chciał tylko zobaczyć świat tak pięknym, jak widział go Ryu.
„Hej! To ty podbierasz nam tęczę?” – zapytał Ryu, przygotowany do rzucenia czaru. Cieniostwór skulił się i wydał z siebie dźwięk przypominający pękanie bańki mydlanej. „Puf... Ja tylko... ja tylko chciałem zatrzymać odrobinę blasku. U mnie wszystko jest takie ciemne i puste”. Ryu poczuł ukłucie w sercu. Cieniostwór nie był zły, był po prostu strasznie samotny.
Ryu spojrzał na swój szafirowy wisiorek. Wiedział, co musi zrobić, choć ręce mu drżały. Mógł użyć magii wisiorka, by naprawić ogród w sekundę, ale wtedy cała moc kamienia zostałaby zużyta, a wisiorek... po prostu by pękł. Straciłby swój jedyny magiczny przedmiot. Ale czy magia to tylko świecący kamień?
„Wiesz co?” – powiedział Ryu, kładąc dłoń na ramieniu Cieniostwora. „Nie potrzebujesz kraść kolorów. Potrzebujesz okularów, które pozwolą ci je zrozumieć”. Ryu zamknął oczy, pomyślał o wszystkich zachodach słońca i błękitnych morzach, jakie kiedykolwiek widział, i skierował całą energię do wisiorka. „Trzask!”. Sapphire pękł na tysiąc kawałków, ale zamiast ciszy, jaskinię wypełniła muzyka i światło.
Z okruchów wisiorka Ryu stworzył Tęczową Soczewkę – magiczny przyrząd dla Cieniostwora. Gdy stwór przyłożył go do oka, aż podskoczył z radości. „Bum! Łał! To jest zielony? Ależ on soczysty!”. Dzięki soczewce Cieniostwór przestał pochłaniać kolory – teraz mógł je widzieć i pielęgnować.
Niespodziewanie, Ogrody Pryzmatu wybuchły barwami tak intensywnymi, że aż piekły oczy. Ale najdziwniejsza rzecz przytrafiła się samemu Ryu. Choć jego wisiorek zniknął, jego kobaltowe włosy nagle zaczęły świecić własnym blaskiem – jaśniej niż kiedykolwiek. Srebrna blizna zalśniła jak mała gwiazda.
Okazało się, że Ryu nie potrzebował wisiorka, by być czarodziejem. Prawdziwa magia była w jego odwadze i chęci pomocy. Stał się silniejszy, bo potrafił oddać to, co kochał, by uszczęśliwić kogoś innego. I tak oto w ogrodzie zapanował porządek, Cieniostwór został najlepszym malarzem w okolicy, a Ryu dowiedział się, że największe skarby nosimy pod skórą, a nie na szyi.
I tak to się właśnie potoczyło – zupełnie, zupełnie dobrze.